„Laleczki córeczki. Piękne, że aż Strach” Cykl powstawał i powstaje do tej pory jako odpowiedź na ból spowodowany rozdarciem między: „ja-artystka” a „ja-matka”. Jest też próbą odpowiedzi na pytania dotyczące macierzyństwa, ale nie w kontekście biologicznym, a społecznym. Jest to próba pogodzenia się ze sprzecznościami, jakie niesie odpowiedzialność za wychowanie nowego człowieka. A może po prostu dostrzeżenia tych sprzeczności, może tyle wystarczy. Wizerunek mojego dziecka to przecież nie moje dziecko. Zastanawiam się, dlaczego tak trudno wprost go zniszczyć. Zastanawiam się, dlaczego biorąc aparat w łapę mogę z cudzych dzieci zrobić, co tylko mam ochotę, a moja córka jest jakoś dziwnie nietykalna. Chciałabym móc pracować z nią jak z każdym innym człowiekiem. Rzecz w tym, że czego bym sobie nie założyła, efekt zawsze jest taki sam. Och! Jakie urocze dzieciątko na tej fotografii, jakie słodkie stópki, oczy takie duuuuże…. Niedobrze mi. Efekt niemal zawsze jakby wprost z jednej z miliona galerii internetowych, spod hasła: dzieci. Żenada. Na przekór wewnętrznej blokadzie otwieram ten program, w którym można wszystko i działam. Na pierwszy ogień cera, nie musi być przecież tak nieludzko porcelanowa. Podkrążone oczy? Czemu nie. A może coś więcej? Coś dalej? Jak tu przełamać opory i „obrzydzić” jeszcze bardziej? Nie do końca wiadomo po co, ale trzeba, to jedyna dla mnie szansa. Wygląda strasznie. Boję się. Szybko zamykam plik, uważając przy tym, żeby przypadkiem zmiany nie zostały zapisane. Chcę się wyrwać spod wpływu tego schematu przedstawienia, ale coś mi mówi, że związek z modelem w tym przypadku jest nie do przeskoczenia. Kogo ja chcę oszukać ? Siebie. Jestem za sprytna, ze mną trzeba inaczej. Jeśli szukam drogi ucieczki od tych miliona pięknych internetowych obrazków, to muszę być bardziej pomysłowa. A może by tak poddać się . Pójść w to wylizanie, wygładzenie, wypięknienie… Co na końcu? Gdzieś musi być granica. Przejść przez szlaban z impetem. Marzenie artysty. Symbol tej sztuczności- zminiaturyzowana, nierealnie zbudowana kobietka z plastiku, składana tysiące kilometrów stąd przez inne małe rączki- to jest mój wytrych. Już nie muszę walczyć. Posługuję się nią naturalnie, wykorzystując tęsknoty i swoje dziecięce marzenia. Poddaję się bez reszty, kawałek po kawałku…